Filipiny

Tarasy ryżowe Batad – trekking po filipińskim cudzie UNESCO

04 marca 2017

Dojazd do Batad i jeepneyowe atrakcje

Na ten dzień zaplanowaliśmy wyjazd do Batad z zamiarem połażenia po tarasach ryżowych. Znowu skorzystaliśmy z usług naszego szefa lokalnej mafii. Za 4000 pesos mieliśmy całodzienny pakiet obejmujący transport jeepneyem, przewodnika, trekking po tarasach, zejście do wodospadów i wizytę w tradycyjnej wiosce. Wyruszyliśmy wcześnie rano, ponieważ musieliśmy zdążyć na busa do Baguio odjeżdżającego o 17:30.

Jazda jeepneyem to zupełnie inna bajka. Trzeba było uważać, żeby nie zgubić zębów, nie przebić głową sufitu oraz żeby na licznych zakrętach nie wypaść za burtę. Po drodze mijaliśmy lokalne wioski i mniejsze tarasy ryżowe, jednak choć widoki były piękne, sama droga już mniej. Oprócz licznych zakrętów ciągle trzeba było omijać kamienie osuwające się na jezdnię, a momentami widać było, jak fragmenty drogi po prostu znikają w przepaści.y gbur, a trekking po tarasach okazał się dość intensywny, najpierw stromo w dół, potem stromo w górę. Na sam koniec okazało się jednak, że przewodnik potrafi się uśmiechać, uśmiech nie schodził mu z twarzy po napiwku.

DSC_5524
DSC_5536
DSC_5587
DSC_5590

Trekking po tarasach ryżowych Batad

Po ponad godzinie dotarliśmy na miejsce, gdzie czekał na nas lokalny przewodnik. Tym razem nie mieliśmy tyle szczęścia, trafił się nam małomówny gbur. Sam trekking okazał się dość intensywny, najpierw stromo w dół, a później równie stromo w górę. Na sam koniec niespodzianka – okazało się, że nasz przewodnik jednak potrafi się uśmiechać, a uśmiech nie schodził mu z twarzy, gdy dostał napiwek.

Wcześniej wyczytałam, że tarasy ryżowe Batad mają około 2000 lat i są wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nic więc dziwnego, że robią takie wrażenie. Od przewodnika niewiele się dowiedzieliśmy, dlatego wszystko trzeba było z niego wyciągać pytaniami. Najbardziej zaciekawiły mnie różne kolory ryżu, zwłaszcza intensywnie zielone poletka. Okazało się, że to tzw. ryż matka, z którego rozsadzany jest kolejny. Brązowe fragmenty to z kolei błoto, chwilowo bez upraw. Co ważne, wszystko robione jest ręcznie, bez użycia chemii i nawozów.cznie produkuje ryż. Można było też samemu spróbować swoich sił.

DSC_5647
DSC_5676
DSC_5688
DSC_5691
DSC_5706
DSC_5708
DSC_5725
DSC_5734
DSC_5750
DSC_5753
DSC_5760
DSC_5774
DSC_5782
DSC_5785
DSC_5790
DSC_5797
DSC_5820
DSC_5856
DSC_5878
DSC_5883
DSC_5903
DSC_5905
DSC_5910
DSC_5936
DSC_5948
DSC_5949
DSC_5962
DSC_5963
DSC_5977
DSC_5986
DSC_5991
DSC_6008
DSC_6023
DSC_6032
DSC_6051
DSC_6062
DSC_6069
DSC_6071
DSC_6075
DSC_6092
DSC_6099
DSC_6143
DSC_6152

Ostatnim punktem programu miała być tradycyjna wioska, ale obejrzeliśmy ją tylko z góry. Trudno powiedzieć, czy nie da się do niej zjechać, czy mieszkańcy nie życzą sobie turystów, czy po prostu zabrakło czasu. Tak naprawdę rdzennych plemion na Filipinach zostało niewiele, cywilizacja dotarła już niemal wszędzie, a regionalne stroje często zakłada się dziś głównie na potrzeby turystów.

DSC_6166
DSC_6173
DSC_6181
DSC_6186
DSC_6193
DSC_6202

 Powrót do Baguio i mały luksus

Ze względu na pogodę i ograniczony czas odpuściliśmy zejście do wodospadów, ponieważ podobno to dodatkowa godzina marszu. Zamiast tego wybraliśmy spokojny spacer po tarasach ryżowych i robienie zdjęć bez pośpiechu. W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze do chatki, gdzie starszyzna ręcznie produkuje ryż, a chętni mogą spróbować własnych sił.

W międzyczasie dostaliśmy informację, że jeśli chcemy, jest prywatny bus do Baguio za kolejne 4000 pesos. Publiczny bus kosztowałby 1500 pesos za trzy osoby, jechał około 8 godzin i odjeżdżał dopiero o 17:30. My natomiast skończyliśmy wycieczkę znacznie wcześniej, pokój zdaliśmy rano, a dodatkowo obawialiśmy się, czy zdążymy do hotelu przed zamknięciem recepcji o 23. Prywatny van miał jechać inną trasą i dotrzeć w około 6 godzin, dlatego znowu postanowiliśmy zaszaleć i wybrać odrobinę luksusu. Już wtedy pogodziłam się z myślą, że prędzej czy później odwiedzę kantor – w trzy dni wydałam około 30% pieniędzy przeznaczonych na trzy tygodnie.

Wydatek jednak się opłacił. Van był znacznie lepszy niż pierwszego dnia, każdy z nas miał dla siebie cały rząd siedzeń. Dzięki temu można było wyprostować nogi albo zdrzemnąć się na siedząco. Mnie się to nie udało, bo choć nigdy nie miałam choroby lokomocyjnej, tym razem chyba zaczęłam ją łapać. Slalom trwał prawie całą drogę i dojechałam fioletowo-zielona.

Na następny dzień mieliśmy w planach Timbac Caves, czyli mumie w Kabayan. Transportem publicznym nie da się tam dojechać, jednak znowu dopisało nam szczęście. Okazało się, że panowie, którzy odwozili nas do Baguio, tam mieszkają, więc po długich negocjacjach dogadaliśmy się na kolejny przejazd za 4000 pesos.