Filipiny

Z Banaue do Sagady -tarasy ryżowe, jaskinie i wiszące trumny

 

2–3 marca 2017

Do Banaue dotarliśmy 1 marca bardzo wcześnie rano. Podróż była długa i męcząca, ale autobus był prawie pusty, więc miałam luksus w postaci dwóch siedzeń tylko dla siebie. Na miejscu przywitali nas miejscowi i… deszcz. Po opłaceniu opłaty klimatycznej 50 pesos (ok. 3,5 zł / 0,7 GBP) ruszyliśmy jeepneyem na nocleg. Transport był „darmowy”, choć od razu pojawiła się propozycja zorganizowania wycieczek i przejazdów, klasyka.

Spaliśmy w Bogah Homestay. Recenzje na Agoda bardzo dobre, ale cudów się nie spodziewaliśmy – północne Filipiny to raczej królestwo backpackerów. Pokój był mały, bez szafy i nawet bez wieszaka, łazienka wspólna na dole, ciasna i średnio czysta. Widoki za to świetne, dom stoi tuż przy tarasach ryżowych. Do centrum Banaue było ok. 20 minut spacerem. Cena jak na standardy miejsca wcale nie niska – 1100 pesos za pokój trzyosobowy, czyli ok. 90 zł / 18 GBP.

Dzień przyjazdu przeznaczyliśmy na odpoczynek i ogarnianie transportu na kolejny dzień. Cena zaproponowana przez kierowcę była absurdalna, po negocjacjach zeszli do 5000 pesos za 3 osoby (ok. 350–380 zł / 70–75 GBP). W pakiecie był przejazd do Sagady, przewodnik po jaskini Sumaguing i Echo Valley z wiszącymi trumnami. Nadal drogo jak na filipińskie warunki, zwłaszcza że wejścia są darmowe, a przewodnik do jaskini kosztuje ok. 400 pesos od grupy. Próbowaliśmy znaleźć coś taniej w mieście, ale szybko okazało się, że to mała miejscowość, wszyscy się znają, ceny są „ustalone”. Zostawał transport publiczny, jeepney do Sagady za ok. 300 pesos w jedną stronę, ale ruszał dopiero rano i nie było gwarancji miejsc. Chcieliśmy wyjechać wcześnie, więc odpuściliśmy kombinowanie.

O 7 rano punktualnie podjechał po nas bus, a nie jeepney, co było miłym zaskoczeniem. Nie był nowy, ale miał resory, a na tej trasie to błogosławieństwo. Niecałe 70 km jedzie się ponad dwie godziny – serpentyny, osuwające się kamienie i droga, która wymaga naprawdę dobrego kierowcy. Nasz dodatkowo wspomagał się betelem. Po drodze kilka przystanków widokowych, widoki robią robotę.

 Pierwszy przystanek to jaskinia Sumaguing. Można wybrać długą trasę z jaskini Lumiang, my wybraliśmy krótszą opcję tylko w Sumaguing. Od wejścia było potwornie ślisko – białe kamienie jak lodowisko, do tego pokryte odchodami nietoperzy, więc znowu byłam cała w… wiadomo czym. W pewnym momencie przewodnik kazał zdjąć buty i to był najlepszy moment – na bosaka było stabilniej i dużo przyjemniej. Były zejścia po linach, woda, adrenalina, a jedna dziewczyna zaliczyła zjazd prosto do wody. Przy kolejnym, bardziej ekstremalnym etapie, pionowej ścianie na ok. 3 metry, odpuściłam. Dalej miała być jeszcze godzina brodzenia w wodzie po pas, a aparat nie jest wodoodporny. I tak było świetnie, a największa radość przyszła na końcu, gdy w końcu mogłam umyć ręce.

Kolejnym punktem była Echo Valley i wiszące trumny. Teoretycznie można tam dojść samemu, mijając kościół św. Barbary i cmentarz, ale poszliśmy z przewodnikiem. Po drodze widać kilka trumien schowanych w małej grocie, a po około 10 minutach dochodzi się do głównej ściany. Jest ich niewiele, jakieś 15 sztuk. Podobno są inne miejsca, ale niedostępne dla turystów.

Tradycja wiszących trumien ma około 2000 lat i nie jest już praktykowana. Ostatnie pochówki miały miejsce podobno w latach 90. Według lokalnych wierzeń im wyżej zawieszona trumna, tym bliżej nieba znajduje się dusza zmarłego.

Wycieczkę skończyliśmy szybciej, niż się spodziewaliśmy. Po drodze powrotnej obiad w Bontoc i około 15 byliśmy z powrotem w Banaue. Organizator spisał się dobrze – punktualnie, sensowny samochód, sympatyczny przewodnik. Dałoby się taniej na własną rękę, ale przynajmniej obyło się bez stresu i kombinowania.