Filipiny

Kolejny przystanek – Bohol. Wyspy Panglao, Virgin & Balicasag

05 -11 marca 2017

Podróż na Bohol oczywiście nie mogła obyć się bez przygód. Lecieliśmy liniami Air Asia, jednymi z największych w Azji i o całkiem dobrej renomie. Jak na Azję. Mieliśmy wykupiony bilet na trasie Manila – Bohol – Manila, jednak około miesiąc przed wylotem dostaliśmy informację, że skasowany został jedynie lot powrotny. Jego zmiana nie wchodziła w grę, ponieważ spóźnilibyśmy się na kolejny lot na Coron, więc wypełniłam formularz zwrotu pieniędzy wyłącznie za odcinek Bohol – Manila. Przez długi czas nie dostawałam żadnej odpowiedzi. Kilka dni przed wylotem skontaktowałam się z linią lotniczą i usłyszałam, że sprawa zostanie przekazana do odpowiedniego działu. W międzyczasie normalnie odprawiłam się na lot z Manili na Bohol, dostałam miejsce i boarding pass. Najwyraźniej dopiero po tym ktoś „zajął się” refundacją i zamiast lotu powrotnego skasował cały bilet, o czym dowiedziałam się dopiero przy odprawie bagażowej na lotnisku. Po odstaniu w kolejce pani przy check inie ze zdziwieniem oznajmiła, że… nie mam biletu. Boarding pass się zgadzał, data się zgadzała, numer lotu i destynacja też, ale w systemie biletu brak. Na szczęście były wolne miejsca w samolocie i dostałam ręcznie wypisaną kartę pokładową. Azja w czystej postaci.

Lot był krótki i bez historii. Na miejscu znaleźliśmy taksówkę za 300 pesos, czyli około 20 zł i 4 funty, która zawiozła nas do Sunside Beach Resort na wyspie Panglao. Współwłaścicielem hotelu jest Polak, były perkusista Lombardu. Sam hotel był w porządku. Czysto, ładna łazienka, wygodne łóżka i tanie pranie, 60 pesos za kilogram. Problemem była klimatyzacja, która nie działała, więc w pokoju mieliśmy saunę. Zgłosiliśmy to, poszliśmy zwiedzać, miało być naprawione pod naszą nieobecność, ale nikt się nie pojawił. Zaproponowano zmianę pokoju, jednak byliśmy już w trakcie rozpakowywania i liczyliśmy, że ktoś jednak przyjdzie. Nie przyszedł. Wieczorem trafiłam na współwłaściciela hotelu, Niemca, miłośnika piwa i golizny, który w dość szorstki sposób oznajmił, że to nie ich wina, brakuje części i nie wiadomo kiedy będzie, a poza tym mogliśmy się przenieść. Zero ogłady i wyczucia, zdecydowanie nie ta osoba do kontaktu z gośćmi. Drugi minus hotelu to lokalizacja. Do najbliższej plaży, czyli Alona Beach, było około 2,5 km. Spacer zajmował 25–30 minut, ewentualnie tricycle za 40–50 pesos.

Sama Alona Beach bardzo mnie rozczarowała. Wąska, krótka, zatłoczona i dość brudna, a woda raczej przeciętna. Dało się popływać, ale bez efektu wow. Plusem były masaże na plaży i knajpki, w których można było coś zjeść albo schronić się przed ulewami. Cieszyło mnie natomiast, że nawet bezdomne psy są tam wyraźnie zaopiekowane przez lokalnych restauratorów. Widać, że nikt ich nie wygania, wyglądają na zadbane i noszą obroże z imieniem oraz napisem „Alona Beach Dog”.a, wyglądają na zadbane i mają obroże z imieniem oraz napisem „Alona Beach Dog”.

DSC_0946
DSC_0957
DSC_0960
DSC_0968
DSC_0970
DSC_0974
DSC_0977
DSC_0982

Innego dnia pojechaliśmy na plażę Danao, która na zdjęciach wyglądała bardzo obiecująco. Dojazd trycyklem trwał około 20 minut i zakończył się na totalnym pustkowiu, brud, śmieci i wysypisko. Poszliśmy dalej, minęliśmy mały ośrodek wypoczynkowy, centrum nurkowe i manualną stocznię, gdzie panowie budowali i naprawiali łodzie. Kawałek dalej ciągnęły się setki palm kokosowych. Plaża z ogromnym potencjałem, niestety kompletnie niewykorzystanym. Przy odrobinie chęci i wysiłku można by tam zrobić naprawdę świetne miejsce.

Warto poświęcić jeden dzień na wycieczkę po okolicznych wyspach. Biura i hotel oferują takie wycieczki na „dziewiczą wyspę” (Virgin Island) i Balicasag Island, my zdecydowaliśmy się na wynajęcie prywatnej łódki na kilka godzin. Pogoda była straszna, całe szczęście że nie byliśmy z grupą, bo mogliśmy sami decydować kiedy opuścimy dane miejsce. Za wynajem zapłaciliśmy 1600 pesos, czyli jakieś 130 zł. Przy Balicasag są dwa fajne spoty do snorkowania, jeden z żółwiami, drugi z rafą i rybkami.  Podobno trzeba mieć przewodnika, oraz zapłacić za możliwość wskoczenia do wody w tych konkretnych miejscach. Zapłaciliśmy po 500 pesos, ale muszę powiedzieć, że przewodnik był dobry, udało nam się zobaczyć super żółwie i frog fish.  W wodzie zimna się nie czuło ale jak wyszliśmy na wyspę to nie było przyjemnie, ceny za kokosy i jedzenie były absurdalne, więc zrezygnowaliśmy z jedzenia i ruszyliśmy na Virgin Isand. Okazało się, że jest to kawałek piasku wystającego ponad turkusową wodę. Zapewne robi wrażenie przy ładnej pogodzie.

DCIM100GOPROGOPR2087.
DCIM100GOPROGOPR2101.
DCIM100GOPROGOPR2119.
DCIM100GOPROGOPR2135.
DCIM100GOPROGOPR2147.
DCIM100GOPROGOPR2154.
DCIM100GOPROGOPR2156.
DCIM100GOPROGOPR2162.
DCIM100GOPROGOPR2176.
DCIM100GOPROGOPR2194.
DCIM100GOPROGOPR2200.

Samo centrum Panglao jest maleńkie i słabo zagospodarowane, parę sklepów, restauracji, centrów nurkowych. Według mnie jest to fajna baza do wypadu na czekoladowe wzgórza i do rezerwatu tarsierów (o tym w następnym wpisie). My byliśmy tu 5 dni, trochę za długo, plaża jest znacznie lepsza w El Nido. Pogoda nam się nie udała, ciągle padało, było pochmurnie i nawet udało mi się zmarznąć! Za to znalazłam super wegańską knajpę, Shaka. Mają pyszne śniadania, soki, koktajle owocowe i wegańskie burgery.

DSC_7496
DSC_7481
DSC_7485
DSC_7487
DSC_7493
DSC_7494
DSC_7495
DSC_7504
DSC_7506
DSC_7564
DSC_7566

Kolejny przystanek – Coron!