Filipiny

Pierwszy dzień na Filipinach – Manila

Zwiedzanie Manili nie było ani moim celem, ani marzeniem, okazało się jednak, że będę miała praktycznie cały dzień, przed nocnym autobusem do Banaue, postanowiłam więc trochę pozwiedzać

Zazwyczaj przygotowuję się z miejsc  do których jadę, tym razem byłam zielona, nie miałam zielonego pojęcia co można zobaczy c w Manili, postanowiłam więć iść przed siebie i obsewować życie codzienne mieszkańców.

Już poprzedniego dnia, kiedy jechałam taksówką do hotelu, wdziałam rzesze bezdomnych i straszny brud. Ciekawa więc byłam, jak to wygląda za dnia.

Zatrzymałam się w hotelu Sun Star Grand, bo z mapy wynikało że jest dość blisko dworca Sampaloc, z którego odjeżał mój autobus. Dzielnica ewidentnie nie by ła luksusowa, obok wejścia spali bezdomni. Przynajmniej pokój był duży i czysty.  Koło południa wyszłam na zwiedzanie. Ledwo wyszłam  hotelu, uderzył mnie straszny gwar.  Postanowiłam iść przed siebie, po drodze kupiłam filipińską kartę telefoniczną z internetem, nie bałam się więc że totalnie pobłądzę.

Wszędzie tłumy ludzi, wrzask, muzyka, klaksony. Najbardziej przeszkadzał mi smród moczu, bezdomni gdzieś muszą załatwiać swoje potrzeby, a w połączeniu z upałem tworzy to zabójczą mieszankę.

DSC_4920DSC_4939DSC_4945DSC_4948DSC_4961DSC_4966dsc_4918dsc_4916DSC_4962

W pewnym momencie trafiłam na agencję turystyczną, wstąpiłam żeby zapytać się co mogę zwiedzić w okolicy. Okazało się, że jestem rzut beretem od historycznej części miasta  – Intramuros .

DSC_4967DSC_4969DSC_4986DSC_4992DSC_4996DSC_4997

Tutaj też panuje chaos, brud i ubóstwo, najpierw powłóczyłam się trochę, później dałam się skusić na wycieczkę pedicabem, czyli rikszą rowerową. Koleś namówił mnie na tą wycieczkę, chciał 300 pesos za pół godziny, stwierdziłam że jemu te pieniądze są bardzie potrzebne więc się nawet nie targowałam. Po raz kolejny miało się okazać, że kto ma miękkie serce, musi mieć twardą d … Wiedząc, że nie mamy za wiele czasu, zwiedzałam w szybkim tempie, kilka zdjęć i jazda dalej, odległości między obiektami były bardzo małe więc przynajmniej nie traciło się wiele czasu na dojazd. Do kościołów nie wchodziłam bo mnie zupełnie nie interesują, w sumie to ja narzucałam tempo a koleś się nie spieszył. Nie chciałam wchodzić do Casa Manila jednak mnie namówił, szybki rzut okiem i wyszłam, jeszcze mnie zatrzymał żeby robić mi zdjęcia, czego nie chciałam. To samo było w Baluarte de San Diego, chciałam już odpuścić wejście ale znowu mnie zachęcał. Powiedziałam że chyba nie ma na to czasu, ale powiedział żebym szła, że poczeka. Po wyjściu przejechał jakieś 100 metrów i stanął. Powiedział że już minęła prawie godzina i jak chcę to może dalej jechać, ale za tą wycieczkę należy się 600 pesos. Nie powiem, jak się okazało minęła prawie godzina, ale uważam, że zostałam naciągnięta. Po pierwsze, okazuje się, że nie ma najmniejszej szansy żeby zrobić ten program który pokazał w pół godziny, po drugie, skoro zaakceptowałam pół godziny, to po jej upływie powinien mi powiedzieć, i zapytać czy kończymy czy chcemy dalej. Nie mam zegarka a telefon był na dnie plecaka. Po trzecie, sam wydłużał zwiedzanie. 6o0 pesos to sporo pieniędzy, zwłaszcza dla nich, ta usługa nie była tyle warta, jak wspomniałam, nie targowałam się bo chciałam dać kolesiowi zarobić, ale dasz komuś palec a on weźmie całą rękę. Po raz kolejny się przekonałam, że lepiej pomagać zwierzętom a nie ludziom, i tego się będę trzymać 🙂

Podsumowując. Manila to brud, smród, ubóstwo i naciągacze. Warto to zobaczyć, ale myślę, że pobyt dłuższy niż kilka godzin może być męczący. Ja z ulgą wyruszyłam w nocną trasę do Banaue.

DSC_5001

DSC_5014DSC_5021DSC_5023DSC_5033DSC_5037DSC_5041DSC_5052DSC_5053DSC_5058DSC_5059DSC_5061DSC_5069DSC_5080DSC_5081DSC_5093DSC_5097DSC_5114DSC_5120DSC_5123DSC_5125DSC_5126