Jaskinia Gomantong i tysiące batmanów
18 luty 2017
Już podczas mojego pierwszego pobytu na Borneo, dowiedziałam się o jaskini Gomantong, nie wgłębiałam się jednak w ten temat i w zasadzie o niej zapomniałam. W tym roku ktoś rzucił hasło żeby tam jechać, ja oczywiście zawsze jestem chętna na dodatkowe zwiedzania i atrakcje więc się chętnie zgodziłam.
Wycieczkę zorganizował człowiek, który współpracuje z Wildlife Department, dzięki czemu nie tylko zaoszczędziłam 30 ringittów za wstęp, ale też mogłam wejść tam gdzie turystom nie wolno, ale o tym zaraz.
Jaskinia Gomantong znajduje się w rejonie Kinabatangan, niecałe dwie godziny jazdy z Sepilok. Usytuowana jest w lesie,który obejmuje 3,297 hektarów. Oprócz Gomatong, na tym terenie znajduje się jeszcze co najmniej 18 jaskiń, w których gniazda budują jaskółki. Ponoć gniazda w tej jaskini są najlepsze na świecie. Dwa razy do roku są one zbierane, pod ścisłą kontrolą departamentu do spraw dzikiej przyrody. Białe gniazda są zbierane w lutym i w sierpniu, cena rynkowa za kilogram to około 7000 RM czyli jakieś 6500 zł. Czarne gniazda są tańsze, cena to ok 3000-4000 RM za kilogram (2700-3600 zł) i zbierane są w kwietniu i sierpniu.
Jaskinia jest zamieszkała również przez nietoperze, żyją sobie w przyjaźni z jaskółkami, dzieląc się czynszem 🙂 Codziennie, pomiędzy 17:15 i 18:15 następuje wymiana lokatorów i około 2 milionów (!) nietoperzy wylatuje z jaskini, a jaskółki wlatują 🙂
Od parkingu idzie się jakieś 10 minut, drewnianą promenadą, która podczas pory deszczowej potrafi być bardzo śliska. Mieliśmy szczęście, po po drodze spotkaliśmy dzikiego orangutana siedzącego na drzewie. Przed samym wejściem można zobaczyć domy zawieszone na wapiennej skale, tam mieszkają pracownicy którzy zbierają gniazda.


Po samym wejściu do jaskini uderza nas niesamowity smród. To odchody nietoperzy. Chętni mogli zejść z drewnianej promenady, prosto w nie. Ja, żądna wrażeń oczywiście zeszłam, na szczęście nas uprzedzono żeby wziąć gumiaki, naprawdę się przydały, odchody sięgały mocno za kostkę. W zasadzie wyglądają jak czarny piasek, wcale by się źle po tym nie chodziło gdyby nie … karaluchy! Tak, ziemia żyła, tysiące karaluchów, nawet na promenadzie trzeba uważać i nie radzę łapać się za barierkę, również żyje!





Przeciętny turysta obchodzi jaskinię i wychodzi, my byliśmy VIPy i poszliśmy wyżej, po kamorach wspięliśmy się żeby dotrzeć do kolejnej części jaskini. Tam zobaczyłam prawie pionową ścianę, za przeproszeniem gówna, okazało się, że to właśnie cel naszej wycieczki! Kto wymiękł mógł poczekać na dole, większość jednak stwierdziła, że warto się trochę poświęcić. Wspinaczka była krótka ale niełatwa, prawie pionowa ściana g … po którym trzeba było się wspiąć do ciemnej groty. Tym razem brnęliśmy prawie po kolana, miałam tylko nadzieję, że nie znajdę karalucha w bucie. Na samym szczycie tak cuchnęło, że mnie mdliło. Poczułam się jak w horrorze, ciemno, ciasno, nagle setki tysięcy nietoperzy zaczęło koło nas latać, prawie się o nas obijając. Skłamałabym gdybym powiedziała, że nie poczułam ulgi opuszczając to miejsce 🙂







