Bohol – co zobaczyć? Czekoladowe Wzgórza, wyraki i zipline
06 Marca 2017
Nadszedł długo wyczekiwany dzień. Mieliśmy w końcu zobaczyć najmniejsze małpki świata, czyli cudowne wyraki z wielkimi, wybałuszonymi oczami. Wynajęliśmy samochód z kierowcą na cały dzień, co miało nas kosztować 1500 pesos, czyli około 100 zł albo 20 funtów. W tej cenie mogliśmy wybrać sześć atrakcji. W zasadzie najbardziej zależało nam na małpkach i Czekoladowych Wzgórzach, ale skoro była okazja zobaczyć coś więcej, to oczywiście skorzystaliśmy.
Pierwszą „atrakcją” był Loboc Man Made Forest, czyli jedyny na Filipinach las zasadzony przez człowieka. Celowo biorę to w cudzysłów, bo szczerze mówiąc nie bardzo wiem, co w nim takiego wyjątkowego. Ma około 2 km długości, przez środek biegnie droga, a drzewa dają przyjemny cień. Jest ładnie, przyjemnie i chłodno, ale czy to faktycznie atrakcja turystyczna? Może jestem rozbestwiona przez polskie lasy, które potrafią być naprawdę piękne. Po powrocie zapytałam nawet wujka Google, czy nie kryje się za tym miejscem jakaś mroczna historia, rytuały, Blair Witch Project albo zlot czarownic, ale nie. To po prostu ładny las. Dodam, że nikt tam nie chodzi w głąb, samochody zatrzymują się na drodze, turyści wyskakują, robią kilka zdjęć i jadą dalej.

Po około 20 minutach dotarliśmy do sanktuarium wyraków. Bilet wstępu kosztował około 60 pesos, czyli jakieś 4 zł albo 1 funt. Sanktuarium jest naprawdę niewielkie, można je obejść w 10 minut, chyba że tak jak my robi się po milion zdjęć każdemu wyrakowi. Nie widzieliśmy wielu osobników, na oko nie więcej niż 10, ale na pewno było ich tam więcej. Część pewnie siedziała wyżej na drzewach albo w głębi lasu, gdzie turyści nie mają wstępu. Są maleńkie i uwielbiają chować się pod liśćmi, więc gdyby nie obsługa, pewnie przeszłabym całe sanktuarium, nie widząc ani jednej małpki. Na szczęście pracownicy nie tylko wskazują wyraki, ale też pilnują, żeby żadna nie zniknęła w torebce jakiegoś szalonego miłośnika zwierząt. Mój plan porwania i wywiezienia wyraka niestety spalił na panewce.






Kolejnym przystankiem były Czekoladowe Wzgórza. Pogoda nam nie dopisała, nie było błękitnego nieba, więc zdjęcia wyszły średnio. Wstęp na platformę widokową kosztował około 50 pesos, czyli mniej więcej 3 zł albo niecałego funta. Same wzgórza, ku rozczarowaniu łasuchów, nie są z czekolady, tylko z wapienia. Mają półkoliste kształty i porośnięte są trawą oraz krzewami. Jest ich dokładnie 1268, oczywiście policzone przez wujka Google, bo na wakacjach nie liczę nawet kalorii.




Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o bambusowy, wiszący most. Wstęp kosztował symboliczne grosze i dokładnie tyle był wart. Most jak most. Największą atrakcją okazały się stoiska z pamiątkami po drugiej stronie oraz świeży kokos.


Przed lunchem odezwało się we mnie dziecko i stwierdziłam, że chcę polatać jak ptak albo nietoperz. Podjechaliśmy pod Loboc River Zipline, czyli kolejkę tyrolską. Najpierw jedzie się kolejką na drugą stronę rzeki, potem kładą człowieka na kawałku materiału, przypinają i puszczają po linie. Sam zjazd trwa około 30 sekund, ale emocji starcza na długo. Niestety zaczęło padać i zjazdy wstrzymano, więc utknęłam po drugiej stronie w sporej kolejce. Dowiedzieliśmy się, że hamulce są ręczne i przy śliskiej linie mogliby nas nie wyhamować, co groziłoby skręceniem karku. Od razu poczułam się znacznie bezpieczniej. Chwilę przede mną zjeżdżała pani, która już przy przypinaniu zaczęła krzyczeć, że nie chce umierać i podobno ryczała jeszcze długo po wylądowaniu. Dla mnie było to niesamowite przeżycie. Lot kilkadziesiąt metrów nad dżunglą i rzeką, piękne widoki i solidny zastrzyk adrenaliny. Zdecydowanie polecam.





Po takiej dawce wrażeń zgłodniałam, więc pojechaliśmy na lunch na rzece Loboc. Za 400 pesos, czyli około 30 zł albo 6 funtów, dostaje się bufet połączony z rejsem po rzece. Jedzenie było całkiem w porządku, były nawet owoce morza, których oczywiście nie jadam. Na łodzi grała muzyka na żywo, a po drodze zatrzymaliśmy się na kilka minut przy pływającej budce, gdzie panie w tradycyjnych strojach śpiewały i tańczyły dla turystów. Sympatyczne, ale trochę z kategorii atrakcji robionych typowo pod publikę.












Na sam koniec dnia kierowca musiał popsuć nam humor. Umawialiśmy się na 1500 pesos, a przy płaceniu nagle zrobiło się 1800 pesos. Różnica i kwota nieduża, ale jak umawiamy się na konkretną cenę, to takiej powinniśmy się trzymać. Jak się później okazało, takie naciąganie turystów na Filipinach zdarza się niestety dość często.


