Sandakan -moje dwa miesiące na Borneo jako wolontariuszka
01 Listopada 2015- 27 Grudnia 2015
Zwierzęta kocham od zawsze. Odkąd pamiętam uwielbiałam orangutany. Od wielu lat moim marzeniem było dotknięcie, przytulenie, pogłaskanie, zobaczenie orangutana. W zasadzie nie wiem dlaczego akurat na nie się tak uparłam. Przecież uwielbiam też szympansy, goryle, kapucynki i inne, ale to właśnie orangutany mnie zawsze fascynowały najbardziej. Może dlatego że są takie ludzkie? ale w sumie goryle nie są?
Kilka lat temu natknęłam się na projekt wolontariatu na Borneo, super sprawa ale kosztowna, musiałam się obejść ze smakiem ale nie zapomniałam o tym. Na szczęście kilka lat później, moja sytuacja życiowa i finansowa nieco się zmieniła i mogłam powrócić do myśli o spełnianiu marzeń.
Dość szybko natrafiłam na pierwsze przeszkody. Programów jest naprawdę sporo, wystarczy zapytać wujka Google, ale jak się okazało po głębszym zapoznaniu, programy te polegają na przebywaniu w ośrodkach rehabilitacji orangutanów, przygotowywaniu jedzenia, sprzątaniu, pomocy w naprawach i budowie czy rozbudowie pomieszczeń czy „placu zabaw”. Niestety, każdy z tych programów podkreślał, że nie ma bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami. Moje marzenia znowu legły w gruzach! Prawie, bo stwierdziłam że się nie poddam. Wpadłam nawet na pomysł znalezienia namiarów na dyrektorów różnych ośrodków i napisania do nich przed Linkedin. Co ciekawe, CEO takiej organizacji z Indonezji mi odpisał 🙂 Dostałam jeszcze kilka odpowiedzi, wszystkie kierowały mnie do tych firm działających w UK. Cały czas się nie poddawałam aż w końcu znalazłam program który oferuje wolontariat tzw „hands on”. Program trwa 8 tygodni i jest bardzo popularny, trzeba więc rezerwować miejsce z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. To było chyba przeznaczenie, bo akurat kończył mi się kontrakt w pracy, wiedziałam że nie chcę zostać w Edynburgu, nadarzyła się idealna okazja do spełniania marzeń.
Zaczęłam działać. Zarezerwowałam miejsce, wpłaciłam zaliczkę i mogłam zacząć przygotowania, a tych było sporo. Ze względu na dobro i zdrowie orangutanów, trzeba się zaszczepić na kilka chorób, przedstawić zaświadczenie że nie ma się gruźlicy, itp. Jechałam praktycznie do dżungli, więc chciałam mieć wszystko co mi tam miało być potrzebne, jak się okazało na miejscu, niepotrzebnie pewne rzeczy ze sobą dźwigałam. Pracuje się w gumiakach, tak, upał 35 stopni, 80% wilgotność powietrze a my w długich spodniach i gumiakach. Skarpety przeciwko pijawkom, można kupić na miejscu, za grosze, poza tym się przekonałam że nie zawsze są skuteczne, tak, złapałam pijawkę, tfu, paskudztwo, poza tym wydzielają substancję która hamuje krzepliwość krwi, ciężko więc ją zatamować. Ale podobno pijawki są zdrowe 🙂 Dźwigałam też szampony do włosów, żel pod prysznic, odżywkę, preparaty na komary, leki, niepotrzebnie! wszystko da się kupić na miejscu.
W tym poście postanowiłam skupić się bardziej na technicznych sprawach, może się komuś przydadzą, same małpiszony opiszę w kolejnym (pt. Orangutany Szatany). Z góry zapowiadam, że nie mogę o wszystkim pisać, wymogi programu. Zrozumiałe, chodzi tu głównie o dobro zwierząt.
Na Borneo najlepiej dolecieć z Kuala Lumpur, nie ma bezpośrednich lotów z Polski. Są za to tanie linie: Air Asia, którymi można dostać się w wiele ciekawych miejsc. Mój ośrodek znajdował się na obrzeżach Sandakan, gdzie można dolecieć z KL. Sam ośrodek, Sepilok Orangutan Centre, znajduje się około pół godziny jazdy taksówką od centrum i z lotniska.



W cenie mojego programu miałam zakwaterowanie i wyżywienie. Miejscówka świetna, 3 minuty od pracy, na skraju dżungli. Luksusów nie było, pokój 3 osobowy, ale jak się okazało z bardzo fajnymi dziewczynami. Oprócz nas było jeszcze kilka innych wolontariuszy, łącznie 12 osób, głównie Australijczycy, Brytyjczycy, 2 Dunki i ja, Polka.

Jedzenie było dość monotonne, noodle na kilka sposobów, ryż smażony na kilka sposobów, jakieś kotlety które dla mnie odpadały bo nie jem mięsa. Co mnie zdziwiło, mało było owoców. Przyjechałam w porze deszczowej więc na pewno to miało wpływ na ich dostępność, ale mimo wszystko spodziewałam się że będę się odżywiać głównie owocami, a wyszło że się odżywiałam węglowodanami 🙂 Za to były kokosy! świeże, wielkie, zdrowe, pyszne, kupowane w moim ulubionym miejscu, u Mamy Wati. Nawet mi nie przeszkadzały te latające muchy, stałam się stałą klientką,wpadałam na kokosa, smażone banany, czasami smażony ryż. Cudowna, ciepła atmosfera, nie zamieniłabym tej prowizorycznej „restauracji”, na żadną luksusową z Michelin. Dodam jeszcze, że czas umilał mi najgrubszy kot jakiego widziałam 🙂






W pobliżu mojej pracy i tymczasowego domu, jest też kilka miejsc w których można przenocować lub zjeść.Jeśli się ktoś wybiera to polecam poniższe miejsca:
Na smaczną kawę chodziłam do Lindung Gallery Cafe. Serwują też mleczno-lodowego shake’a „orangutan”, o smaku czekoladowo bananowym. Pychotka.
Super miejscem jest Sepilok Forest Edge Resort, jest to miejsce nieco oddalone i odizolowane, idzie się tam około 1o minut, po czym przekracza się bramy raju. Wpadaliśmy tam na obiad lub świeże soki. Do tego mają mini basen, tzn basen to może za duże słowo, ale miejsce gdzie można zmoczyć tyłek co na tym upale jest zbawienne. Noclegi podobno stosunkowo tanie.
Jedzenie było tam tak pyszne, że postanowiłam się jeszcze trochę nim pozachwycać, a nawet dodać zdjęcia. Moje ulubione dania: Curry z placuszkiem roti ( pikantne ale w sam raz), oraz tofu w sosie z pandanem. Normalnie jest to kurczak, ale jako że nie jem mięsa, wspaniała obsługa załatwiła z kucharzem że dostawałam tofu. Właśnie w Malezji poznałam smak pandana i się zakochałam, nie wiem jak opisać smak więc wklejam opis który znalazłam w internetowym sklepie: http://slodkokwasny.com/
„Liście pandanu są stosowane najczęściej w kuchni indonezyjskiej, malezyjskiej i tajskiej. Nadają potrawom (głównie ryżom jaśminowemu i basmati i potrawom curry) specyficzny, wyraźnie orzechowy aromat. Liść pandanu używany jest także jako dodatek do deserów.Używa się ich zazwyczaj w formie świeżych podartych na paski kawałków zawiązanych na węzełki. W świeże liście pandanu zawija się także niektóre smażone potrawy (np. kurczaka).”
Warto też spróbować zupy kokosowej. Nie jestem fanką słodkawych zup ale na pewno jest to smak którego nie znamy w Europie.




Centrum Sandakan jest oddalone od orangutanów o jakieś pół godziny jazdy taksówką, niestety miasto jest dość rozległe, a komunikacja miejska kuleje, byliśmy więc skazani an taksówki. Niestety tanie nie były. Ciekawe czy teraz Uber tam dotarł 🙂
Miasteczko do najpiękniejszych nie należy, jest też stosunkowo mało popularne wśród turystów, niektórzy wręcz rano przylatują, a wieczorem wracają np do Kota Kinabalu. Jak się go nie zobaczy to nie ma co rozpaczać, jak się ma nadmiar czasu to warto zobaczyć chińską świątynię, miasteczko na wodzie (water village), a w sobotę wieczorem wstąpić na nocny targ z jedzeniem.













