Na wschód od Ubud – Tenganan, Tirta Gangga, Goa Lawah, Kerta Gosa
13 Stycznia 2016
Kolejny dzień zwiedzania Bali. Tym razem ruszyłyśmy na wschód.
Pierwszym przystankiem była wioska Tenganan, jedna z dwóch, w której żyją rdzenni mieszkańcy Bali. Słyszałam, że to miejsce jest komercyjne więc nie wiązałam wielkich nadziei na zobaczenie prawdziwego, balijskiego życia i tradycyjnej wioski. Zostałam jednak bardzo pozytywnie zaskoczona. Owszem, turyści tu przyjeżdżają ale naprawdę nie masowo, widziałam chyba z trzy osoby. Prawdą również jest, że mieszkańcy próbują sprzedać swoje wyroby, ale nie ma tu straganów czy sklepów, nie są też nachalni, a ma się naprawdę okazje zobaczyć jak na co dzień mieszkają ci ludzie.





Po przyjeździe proszą o wpisanie się do księgi gości (imię, kraj), oraz o złożenie datku, który jest również w księdze notowany. Przydatna rzecz, nie wiedziałabym ile powinnam dać a tak rzuciłam okiem na poprzednie wpisy. Dałam 20,000 IDR, które uważam za rozsądną kwotę, dla obu stron. W ramach tego, dostaliśmy przewodnika, mieszkańca wioski. Przewodnik nie jest tu kwestią wyboru co akurat jest zrozumiałe, ja też bym nie chciała żeby turyści plątali się samopas po moim terenie. Kadek wyjaśnił, że w wiosce mieszka około 750 osób, tworząc 250 rodzin. Najpierw zabrał nas do swojego domu, gdzie mogłyśmy być świadkami jak jego żona wytwarza ikat gringsing. Jest to ręcznie wytwarzana tkanina. Najpierw samodzielnie uprawiają i zbierają bawełnę, później przetwarzają ją na nici. Nici te są później barwione, naturalnymi barwnikami, których wytworzenie (lub „dojrzewanie”), zajmuje czasem kilka lat. Do wytworzenia ikatu Balijki używają tradycyjnego krosna. Jest to bardzo czasochłonna czynność, wytworzenie jednego ikatu, wielkości szalika zajmuje kilka miesięcy. Nawet nie miałam odwagi zapytać o cenę, ale myślę że to impreza tylko dla bogatych. Mają też na sprzedaż tańsze tkaniny, jak chusty z jedwabiu czy batiku. Ceny jednak wyższe niż na bazarach, ja się nie znam na tym i nie wiem czy kupuję towar lepszej jakości czy po prostu po innej cenie, więc się nie zdecydowałam.



Okazało się, że nie tylko żona jest uzdolniona, ale również sam Kadek. Pokazał nam technikę wytwarzania lontarów oraz swoje wyroby. Są to inskrypcje wyżłobione na przetworzonych liściach palmowych. Pierwszym etapem jest przygotowanie „papieru”. Nie każdy liść się nadaje, a te wyselekcjonowane suszy się na słońcu. Później są moczone przez trzy dni, żeby się pozbyć chlorofilu, następnie barwione, oczyszczane, ponownie suszone. Samo przygotowanie papieru zajmuje ponad sześć miesięcy.
A to dopiero początek! Kolejnym etapem jest wykonanie inskrypcji. Może być to tekst lub rysunek. Służy do tego specjalne „pióro”, z metalowym, ostrym zakończeniem. Bardzo drobiazgowa robota. No i nie ma gumki do mazania, raz się pomyli i koniec. Tym razem postanowiłam zainwestować i kupiłam lontar przedstawiający Baronga. Oprócz lontarów Kadek robi też maski, figurki i inne pamiątki. Co mi się podobało, nie namawiał, nie wciskał, nie wywierał presji. Lontar kupiłam bo mi się naprawdę spodobał, koleżanka nie dała mu zarobić i mimo tego jego zachowanie wobec niej nie uległo zmianie. Dalej był bardzo sympatyczny i chętny do rozmowy.




Po zwiedzeniu jego domu, poszliśmy na spacer po miasteczku, czas jakby się tu zatrzymał, domy nie mają wody, codziennie rano muszą chodzić do źródła, nie widać anten satelitarnych, samochodów, wszechobecnej coca coli. Podobno nie ma tutaj domów na własność, należą one do wspólnoty.
Do niedawna mieszkańcy nie mogli się żenić z osobami spoza wioski, a jeśli to uczynili to byli wykluczeni ze wspólnoty. Zaczęli mieć jednak problemy z przyrostem naturalnym, oraz zdali sobie sprawę, że potrzebują „świeżej krwi”. Obecnie dopuszcza się więc poślubienie osoby spoza wioski.










Kolejnym przystankiem był piękny pałac na wodzie – Tirta Gangga. Stosunkowo nowy, wybudowany w 1948 roku, przez króla Anaka Agunga Angluraha Ketuta Karangasema. Ciekawostką jest, że król był nie tylko architektem ogrodów, ale również pracował przy ich budowie, ramię w ramię z robotnikami z niższych kast.
Warto przeznaczyć godzinkę na ten obiekt, poszwendać się po parku, poskakać po kamiennych schodkach w stawie. Nieopodal są także ciekawe rzeźby, szczerze mówiąc nie wiem co znaczą czy kogo przedstawiają, ale miały czachy i były straszne więc mi się podobały 🙂









Niedaleko Tirta Gangga znajduję się kolejny pałac na wodzie, Ujung. Również i ten został wybudowany nie tak dawno temu bo w 1919. Kiedyś pałac służył jako więzienie dla osób parających się czarną magia. Niestety nie udało mi się dotrzeć do tego miejsca. Koleżanka z która podróżowałam, miała dość duże problemy z podejmowaniem decyzji oraz trzymaniem się ich. Mój misternie ułożony plan legł w gruzach bo nagle zaczęła chcieć jeździć po plażach. Ja wolałam zwiedzać ale tego dnia poszłam na ustępstwo i pojechaliśmy ją odwieźć na plażę, za cenę tego właśnie pałacu.
W drodze na plaże mijaliśmy pola ryżowe, tradycyjne wioski oraz cmentarz który mnie zainteresował. Może nie tyle cmentarz a parasolki nad grobami. Zapytałam się naszego balijskiego kierowcę co to oznacza. Okazało się, że to jest ich sposób wyrażenia szacunku wobec zmarłego, oraz znak że się nim opiekują po śmierci. Parasol ma ich chronić przed słońcem. Postanowiłam wysiąść trochę wcześniej, pospacerować i porobić zdjęcia, kierowca miał mnie odebrać po „wyrzuceniu” koleżanki na plaży. Jakież więc było moje zdziwienie kiedy pojawili się oboje. Koleżanka jednak stwierdziła że powrotny transport w pojedynkę jest za drogi i jedzie z nami. Wrrrr


No trudno, musiałam przeżyć nie wykonując planu w 100%. Tego dnia zostały jeszcze dwie atrakcje. Pierwszą z nich była świątynia Goa Lawah, czyli świątynia tysiąca Drakul. Powstała w XI wieku, dzięki Mpu Kuturanowi, który ponoć był pionierem hinduizmu na Bali.
Świątynia nie robiła na mnie wielkiego wrażenia, dopóki nie zobaczyłam ICH. Setki, tysiące netoperków! Na terenie obiektu znajduje się jaskinia, w której mieszkają nietoperze, nie można do niej wchodzić, jakkolwiek cudne, mogą przenosić groźne choroby, podobno jeśli jest wśród nich wścieklizna, w małym pomieszczeniu jakim jest jaskinia, i przy dużym stężeniu „oparów”, można się zarazić wścieklizną wdychając powietrze. Nie wiem na ile ryzyko jest realne ale wolałam nie eksperymentować.









Ostatnim przystankiem był kompleks pałacowy Kerta Gosa Klungkung , wybudowany w 1686. Do naszych czasów przetrwały tylko fragmenty, między innymi brama główna, pływający pawilon czy Pawilon Pokoju i Dobrobytu. Chyba najbardziej reprezentatywną częścią obiektu jest sufit, przedstawiający historię jawajskiej epopei – Sutasomy.
Był to kolejny dzień w biegu, ale coś za coś. Niestety, wydawać by się mogło że Bali jest małe i wszędzie jest blisko. Faktycznie, Bali jest małe, ale ma też wąskie drogi oraz korki. Transport publiczny kuleje, miejscowi poruszają się skuterami, turystom pozostają busiki lub wynajęte samochody z kierowcami, które właśnie powodują korki. Następny dzień zapowiadał się bardzo interesująco ale o tym w następnej części 🙂










