Indonezja

Trunyan Village i kawa z d..y

15 Stycznia

Rano zawsze jestem nieprzytomna i potrzebuję kilku litrów kawy żeby stanąć na nogi. Zawsze jest wersja ekonomiczna czyli tania kawa hotelowa, sklepowa lub ze śniadania hotelowego, tym razem postanowiłam zaszaleć i spróbować … gównia ..ej kawy. Mam na myśli Kopi Luwak, najdroższą kawę świata. Na Bali jest od groma plantacji kaw, i dużo plantacji właśnie tej kawy. 

Dla niewtajemniczonych. Luwak to po indonezyjsku cyweta. Małe, słodkie, kudłate zwierzątko, które żywi się kawą. Cywety są wybredne i wybierają tylko najlepsze ziarenka. Cywetka trawi miąższ, ale nie nasionko, zostaje ono tylko lekko nadtrawione. Tak lekko sfermentowane nasionko zostaje wydalone. Nasionka te są zbierane, suszone i czyszczone i tak oto dostajemy najdroższa kawę świata. Cywetki łażą sobie po lesie więc zbieranie tych nasionek wcale nie jest łatwe, są to też małe zwierzątka z małymi brzuszkami więc „nie naprodukują” zbyt wiele kawy. 

Plantacje zawsze oferują zestawy testowe, można za darmo spróbować różnych kaw i herbat, za kopi luwak trzeba zapłacić 50,000 IDR (ok. 15 zł), za małą filiżankę oczywiście … Przeważnie piję kawę z mlekiem, ale stwierdziłam, że to byłoby to zbezczeszczenie tej kawy i wypiłam czarną. Smak ma faktycznie inny od „normalnej”, ale czy mnie powalił? raczej nie ale ja się na kawie nie znam, piję rozpuszczalne siki 🙂

DSC01831DSC01546DSC01547

Obudzona i pobudzona ruszyłam w dalszą drogę. Przede mną była jeszcze jedna świątynia, Ulun Danu Beratan. Już trochę miałam dość zwiedzania świątyń, ale mimo wszystko postanowiłam daj jej szansę. W drodze zobaczyłam kolejny targ, uwielbiam targi, więc postanowiłam zmarnować na nim trochę czasu. Spotkałam tam bardzo dowcipną Balijkę. Na pytanie : „po ile pitaje?” (inna nazwa: smoczy owoc), odpowiedziała: 120,000 IDR (35zł!). Wiem, że przeważnie (lub zawsze?) płacę więcej niż lokalni, ale bez przesady. Powiedziałam jej, że kupuję pitaje za 15,000 i tyle jestem gotowa zapłacić. Pani nie poddawała się, ok, ok 60,000. Mówię do Pani: skoro kupuję je za 15,000 , dlaczego bym miała kupić u Ciebie za 60,000?  Ta się nie poddawała, ja mówię 15,000, ta mówi 50,000, ja dalej mówię 15,000,ta mówi 40,000 :), w końcu zapłaciłam 15,000. Dla nich to i tak uczciwa cena, a w konia nie daję się robić.

Targ był niewielki ale bardzo fajny, chętnie tam wrócę jak jeszcze odwiedzę Bali. Można było kupić przyprawy, herbaty, kawy (w tym kopi luwak ale mam wątpliwości co do oryginalności i jakości), ciuchy, rękodzieło, owoce, warzywa. Można było dostać naprawdę dobrą cenę, co również ważne, sprzedawcy nie byli napastliwi. Zapraszali do odwiedzenia stoisk ale nie byli upierdliwi, nie wciskali wszystkiego na siłę. W takich warunkach to ja mogę robić zakupy, zbytnia nachalność ma na mnie odwrotny efekt do zamierzonego, uciekam jak najszybciej.

Bogatsza o kilka wypchanych reklamówek, w końcu ruszyłam w kierunku świątyni, która była tuż, tuż.

DSC01554DSC01555DSC01558DSC01567

 

 Przed południem dotarłam do świątyni Ulun Danu Beratan, która powstała w XII, nad jeziorem Beratan. Położona jest na wysokości około 800 m n.p.m. Aż czuć tam było świeże i rześkie powietrze, słońce jaśniało jaśniej, niebo było bardziej niebieskie. Widoki naprawdę super. Cieszę się, że jednak nie odpuściłam sobie tej świątyni, chyba jedna z piękniejszych jakie odwiedziłam. 

DSC01568DSC01572DSC01573DSC01576DSC01579DSC01596DSC01601DSC01609

 

Ostatnim, ale najważniejszym etapem dzisiejszej podróży była Trunyan Village. Jest to miejsce omijane przez turystów, cieszące się złą sławą, tym bardziej było kuszące dla mnie. Jest to drugie i zarazem ostatnie miejsce na Bali, gdzie żyją rdzenni Balijczycy, Bali Aga. We wcześniejszych postach pisałam już o Tenganan village, gdzie również żyją Bali Aga, są jednak otwarci na turystów, sympatyczni i przyjaźni. 

Trunyan Village leży nad jeziorem Batur, i u stóp góry Abang. Dość ciężko się tam dostać, my mieliśmy szczęście, i przy tarasach widokowych na jezioro, spotkaliśmy mieszkańca tej wioski który zgodził się nas pilotować. Oczywiście nie zrobił tego z dobroci serca, wiedział, że chcę popłynąć na cmentarz a za to się słono płaci. On jechał skuterem których na Bali jest więcej niż komarów, my za nim samochodem. Ścieżka była wąska, kręta, raz prowadziła ostro w górę, raz ostro w dół, mój kierowca miał cały czas rękę na klaksonie, w ten sposób dawał znać potencjalnym pojazdom jadącym w przeciwnym kierunku o naszej obecności. 

Wspomniałam o cmentarzu, tak, pojechałam tam oglądać cmentarz, ale nie takki zwykły, tradycyjny cmentarz. Balijczycy palą zwłoki po śmierci (Ngaben opisywałam w innym poście), jednakże mieszkańcy Trunian Village jako jedyni nie kremują zwłok. Mają dwie metody pochówku: w ziemi. W ten sposób chowają osoby które miały rany na ciele, byli niepełnosprawni, nie umarli „ze starości”, dzieci które jeszcze miały mleczaki, samobójców lub osoby zamordowane. Drugim sposobem jest mepasah. Zwłoki są zanoszone na cmentarz i pozostawiane pod drzewem Taru Menyan. Jest to rzadkie drzewo o specjalnych właściwościach. Taru znaczy drzewo, menyan – ładny zapach, podobno drzewo niweluje zapach rozkładającego się ciała. Chroni je tylko  „rusztowanie” z bambusa, które ma chronić ciała przed zjedzeniem przez dzikie zwierzęta. Kiedy ciała się całkiem rozłożą, czaszki są przenoszone kawałek dalej i dodawane „do kolekcji”. 

Na cmentarz nie da się dojść, trzeba tam dopłynąć łódką z wioski. Słyszałam wiele historii, że mimo ustalonej z góry kwoty, rybacy zatrzymują się w połowie drogi i żądają drugie tyle za kurs. Nawet to mnie nie zniechęciło. Cena mnie trochę zaskoczyła, 650,000 IDR, na szczęście nie od osoby ale od łódki. Zanim zaczęliśmy zjeżdżać, nasz „pilot” powiedział mi, że jakiś czas temu zjechała mała grupka ludzi i będę mogła się z nimi zabrać i podzielić kosztami. Faktycznie, ludzie byli, ale okazało się że nie podoba im się cena i się cały czas zastanawiają. Postanowiłam poczekać ale nie zapowiadało się że ci ludzie się szybko zdecydują. Swoją drogą, nie rozumiem jak można tyle myśleć. W czasie kiedy się naradzali, podeszli do mnie lokalni i powiedzieli że jak się tamci nie zdecydują to mogą mi dać małą zniżkę i popłyną za 500,000 IDR. Mało to nie było, mniej płaciłam mojemu kierowcy za 10 godzin jazdy dziennie … ale co tam, po to tu przyjechałam więc postanowiłam zapłacić. Grupka w końcu odjechała, myśleli nad tym ponad godzinę 🙂 Mój wspaniały kierowca zaproponował że popłynie ze mną. Sam się tych ludzi obawiał więc tym bardziej mnie nie chciał samej puszczać, w dodatku nie znali kompletnie angielskiego. Okazało się że nie było się czego bać. Rejs trwał około 15 minut. Panowie byli nawet na tyle mili żeby opowiedzieć co nieco o cmentarzu. Jak dotarłam do czaszek to poinformowali mnie żebym się nie krępowała i robiła zdjęcia, nieśmiało stanęłam w pobliżu czaszek a panowie mówią: weź czaszkę do ręki, nie ma problemu. Dziękuję, nie skorzystałam, to już było za wiele nawet jak na mnie. 

W drodze powrotnej Panowie poprosili mojego kierowcę żeby mi powiedzieć że jak chcę to mile będzie widziany napiwek. Bez przesady, nie przemęczyli się, łącznie 30 minut wiosłowania, zapłaciłam i tak bardzo dużo więc stwierdziłam że nie dam im więcej. Nie zdradzałam się jednak z moim zamiarem, wolałam nie kusić losu. Szczęśliwie dotarłam do brzegu, dostałam jeszcze pozwolenie żeby przejść się po wiosce. Nie mogłam tylko wejść do świątyni ponieważ byłam na cmentarzu i byłam „nieczysta”. Ludzie patrzyli się z zainteresowaniem, jakaś stara kobieta wyciągała ręce po pieniądze, jakieś szły za nami, ale to tyle, nikt nie był agresywny czy nachalny. Uważam, że te wszystkie straszne opowieści o Trunyan są mocno przesadzone, może nie jest to najprzyjaźniejsze miejsce na Bali ale naprawdę nie ma się czego bać. 

DSC01622DSC01624DSC01625DSC01626DSC01627DSC01632DSC01638DSC01657-2DSC01659DSC01664-2DSC01667-2DSC01670DSC01673DSC01674DSC01681DSC01693DSC01701DSC01710DSC01714DSC01718DSC01722DSC01725DSC01730DSC01732-2DSC01735DSC01738DSC01739DSC01741DSC01742DSC01743DSC01744DSC01747