Raj na ziemi czyli Semporna, Mabul i Sibuan (Borneo)
27-30 Grudnia 2015
Ostatnie dni na Borneo postanowiłam spędzić w Sempornie, małym i w sumie mało ciekawym miasteczku, które jest świetną bazą wypadową do nurkowania.
Zakwaterowanie znalazłam w Dragon Inn, hotelu typu „floating”. na wodzie. Hotel jednogwiazdkowy i faktycznie na więcej nie zasługiwał. Był jedna w dobrej lokalizacji i tani, więc nie ma co narzekać. Początkowo planowałam jechać na wyspę Mabul, i tam nocować, ale znajomi którzy tam wcześniej byli, polecili mi jednak Sempornę. Mabul jest co prawda cudowna, ale jest to maleńka wyspa gdzie niczego nie ma, nie da się wieczorem przejść na spacer czy do restauracji. Jest tam tylko kilka tanich noclegowni i przepiękny resort, który jest jednak potwornie drogi.
W Sempornie jest tylko kilka restauracji, trochę centrów nurkowania, sklep Giant, mały targ, trochę małych sklepików oraz water village, czyli miasteczko na wodzie (a raczej slumsy).
Odwiedziłam kilka centrów nurkowania, i ostatecznie zdecydowałam się na Borneo Global Sipadan Backpackers. Bardzo miła, rodzinna atmosfera i przystępne ceny. Rozważałam nurkowanie na Sipadanie, jest to jedno z piękniejszych miejsc na świecie, zarówno pod względem rafy koralowej, oraz żyjątek. Można podobno spotkać rekiny, i to wcale nie są odosobnione przypadki. Wyspa Sipadan i jej okolice są rezerwatem dlatego wstęp jest płatny i limitowany. Cena nurkowania na Sipadanie jest trzykrotnie wyższa od nurkowania w okolicach Mabul, Sibuan czy Kapalai. Ci, którzy tam byli twierdzą, że warto. Ja zadecydowałam jednak, że Sipadan poczeka do przyszłego roku. Pierwszy dzień nurkowania miałam spędzić na Mabul.






Dzień pierwszy: Mabul
Po wczesnej pobudce i dopasowaniu sprzętu wyruszyliśmy. W cenie miałam 3 nurkowania, dawno tego nie robiłam, więc pierwsze zejście pod wodę miałam sam na sam z instruktorką. Faktycznie zapomniałam jak to się robi, nie wiedziałam co do czego, ale na szczęście moja wspaniała meksykańska instruktorka Cynthia, postarała się żebym w miarę bezstresowo przeżyła szkolenie.
Drugie i trzecie zejście już było w małej grupie, moje obawy, że sobie nie poradzę, okazały się bezpodstawne. Widoki nieziemskie, ale chyba największe wrażenie zrobiły na mnie gigantyczne żółwie. Niesamowite przeżycie tak pływać sobie dwa metry od nich.
Tak wspaniały dzień zakończyliśmy grupowym wyjściem do restauracji, na podobno najlepsze w mieście roti. Restauracja to może zbyt wzniosłe słowo, była to lokalna, tania knajpa, takie lubię najbardziej! Nie pomyliłam się co do wyboru centra nurkowego, świetni ludzie i rodzinna atmosfera, to właśnie oni byli inicjatorami grupowego wyjścia, co podobno jest chlebem powszednim. Jedno co mnie zaskoczyło w tej knajpce, ladyboye!!! Wiem, że w Tajlandii można ich/je wszędzie spotkać, ale w Tajlandii dominuje buddyzm, Malezja jest muzułmańska, knajpa lokalna. Muzułmańskie kelnerki w khimarach (chusta zasłaniająca włosy, ramiona i dekolt), pracują ramię w ramię z dziewczynami które tak naprawdę są facetami. Super, ale nie spodziewałam się, że Malezja jest tak tolerancyjna.










Dzień drugi: Sibuan
Następnego dnia wyjazd był na wyspę Sibuan, wszyscy mówili żeby nastawić się na piękne widoki, ale rzeczywistość przerosła moje oczekiwania. Raj na ziemi, piaszczysta plaża, wysepka na której oprócz kilku chat lokalnych cyganów, nie ma niczego, cudownie błękitna woda. Tym razem, rafy były mniej imponujące , za to było dużo żyjątek. Żółwie które uwielbiam, kolorowe rybki, ale też spotkałam kilka strasznych kreatur. Pierwszą traumę przeżyłam, kiedy instruktorka mnie zawołała, pokazując na piasek. Niczego tam nie widziałam, więc złapała mnie za rękę ,w której miałam pożyczoną kamerkę i zaczęła „filmować moją ręką”. Dalej nie wiedziałam o co jej chodzi. Dopiero jak już odpływałam, zobaczyłam oczy! I wtedy zdałam sobie sprawę co to było. Szkaradnica! Pływałam jakieś pół metra nad nią, gdybym wcześniej wiedziała co to jest to zapewne dostałabym ataku paniki. Kolejne zejście było nie mniej emocjonujące. Już na samym początku trafiliśmy na węża morskiego, nie leżał, tylko falował pionowo. Instruktorka dała znać, że jak ten wąż ukąsi, to koniec. Tak się tym zestresowałam, że miało to odbicie w oddychaniu i zużywaniu tlenu. Przeważnie butla starsza mi na godzinę, tym razem wystarczyło na 45 minut. Faktycznie, byłam tak przestraszona, że nie mogłam uspokoić oddechu. Mimo wszystko nurkowania były genialne, podobno spotkanie z wężem do częstych nie należy, a tym bardziej w takiej pozie! Mieliśmy „szczęście”.














