Filipiny

El Nido – Island Hopping A – Słynne i przereklamowane? laguny

21 marca 2017

Island hopping w El Nido zaczęłam klasycznie od trasy A. To najbardziej popularna opcja, kojarzona głównie z lagunami, choć mam wrażenie, że równie duże znaczenie ma fakt, że jest pierwsza na liście i najmocniej promowana.

Wycieczka kosztowała 1200 pesos z lunchem, czyli w przybliżeniu 19 funtów albo 90 złotych. Ceny w El Nido są praktycznie identyczne, więc nie ma sensu chodzić od biura do biura. W praktyce wiele biur nie ma własnych łódek i sprzedaje miejsca na te same rejsy. I tak wszyscy kończą na jednej, dość ciasnej łódce. Muszę przyznać, że ta wycieczka trochę mnie rozczarowała. Głównie przez tłok i masowość. Gdyby nie było tam człowieka na człowieku, pewnie zupełnie inaczej odebrałabym oglądane miejsca.

W planie były przystanki na:
Big Lagoon
Small Lagoon
Hidden Lagoon
Shimizu Island
7 Commando Beach
Papaya Beach
pływanie i snorkeling

Już na starcie łódka była pełna, a potem zrobiło się tylko gorzej. Przy Small Lagoon stało kilkanaście łodzi. Do środka można było dopłynąć wpław albo wynająć kajak. Wybrałam pływanie, bo to dosłownie chwila i ma w sobie swój urok. Niestety właśnie w tym momencie wyszła na wierzch mroczniejsza strona tej wycieczki. Osoby, które wynajęły kajaki, pływały jak lunatycy i kompletnie nie zwracały uwagi na to, że bardzo dużo ludzi płynie wpław. Kajaki sunęły na oślep, więc trzeba było uważać na głowę. Mnie nie udało się w porę odsunąć i zostałam potrącona. Takie sytuacje dobrze pokazują mroczną stronę podróżowania. Ludzi, którzy widzą tylko czubek własnego nosa, nie patrzą na innych i nie dbają ani o bezpieczeństwo, ani o otaczające ich środowisko, ani o ludzi, ani o naturę.

Hidden Lagoon faktycznie jest ukryta i wpływa się do niej wąskim przesmykiem między skałami. Pomysł fajny, miejsce ładne, ale niestety znowu było bardzo tłoczno. W słynnej Big Lagoon nie można się kąpać, łódki tylko na chwilę wpływają do środka i zaraz wypływają. Widok jest przyjemny, ale szczerze mówiąc nie zrobił na mnie aż tak dużego wrażenia.

Na lunch zatrzymaliśmy się na wyspie Shimizu. Wyspa jest niewielka, ludzi sporo, więc szybko robi się ciasno. Kto chciał, mógł jeszcze posnorkować albo chwilę poleżeć na słońcu. Lunch był tradycyjny, czyli rybny. Jak to na takich wyspach, dla wegan zawsze da się coś znaleźć, ale trzeba to zgłosić wcześniej. Zazwyczaj kończy się na ryżu z warzywami i owocach. Nic spektakularnego, ale da się przeżyć. Moja praktyczna rada to dokładnie tłumaczyć, czego się nie je. Nie zakładam, że ktoś odróżnia weganizm od wegetarianizmu, więc mówię wprost, że ryba to też mięso i wymieniam konkretne produkty, których nie jem. Nawet jeśli ktoś mówi, że rozumie, lepiej to doprecyzować, bo z tym bywa różnie.

Ostatnim przystankiem była plaża 7 Commando. Jest dość duża, choć ludzi również nie brakowało. Mimo wszystko dało się znaleźć miejsce dla siebie i chwilę odpocząć.

Jeśli ktoś ma czas i chce zaliczyć wszystkie warianty island hoppingu, to myślę, że warto. Jeśli jednak trzeba wybierać, trasę A osobiście bym sobie odpuściła.