Indonezja

Matka Besakih i nieplanowany Ngaben

14 stycznia 

Plan na 14 stycznia kilkukrotnie ulegał zmianie. Pierwotny plan zakładał bardzo wczesną pobudkę i wyjazd do świątyni Pura Lempuyang. Wyczytałam, że najlepiej przyjechać tam koło godziny 7 rano, ponieważ do pokonania jest 1700 schodów. W klimatyzowanym budynku nie jest to łatwe zadanie, więc teraz sobie wyobraźcie wspinanie się w największym słońcu i potwornym upale. Już zaliczyłyśmy kilka świątyń, kilka ważnych jeszcze przed nami, więc zaczęłyśmy myśleć czy jest sens jechać i do tej. Moje kolano nie jest w najlepszym stanie więc spacer po tylu schodach mogłabym odchorować, poza tym na samo wejście trzeba przeznaczyć około 3 godzin (według jednego przewodnika nawet 5!) na zejście około 2. Razem daje nam to pół dnia. Nasz kierowca powiedział że nie stracimy za wiele jeśli ją opuścimy. Decyzja zapadła. 

Postanowiłam jechać do Pura Besakih czyli Matki Świątyń, najważniejszej świątyni na Bali. Wyjechaliśmy po 9 i do pokonania mieliśmy około 45 km, co na Bali przekłada się na minimum 1,5 godziny jazdy. Po około pół godziny jazdy, przejeżdżając przez jedną z wielu wsi zauważyłam tradycyjną lektykę. Sygnalizowało to Ngaben! Jest to ceremonia kremacji którą chciałam zobaczyć ale ich daty raczej nie są podawane w informacji turystycznej. Oczywiście chciałam zostać i to zobaczyć. Problem polegał na tym, że ceremonia miała zacząć się o 12:30 a nie było nawet 10. Po szybkim przedyskutowaniu z kierowcą ustaliliśmy że pędzimy do Besakih, tam szybko oglądamy co mamy oglądnąć i pędem wracamy. Planowane Trunyan Village musi poczekać do następnego dnia. 

Już w trakcie jazdy okazało się, że nasz plan był zbyt optymistyczny bo kawałek drogi został do przejechania, na wąskich drogach się za bardzo nie przyspieszy i ciężko będzie się wyrobić. Już prawie oswoiłam się z myślą że nie zobaczę Ngaben ale nasz kierowca był zdeterminowany  żeby klient był szczęśliwy. Dodał gazu, zaczęłam się cieszyć że mam pasy. To żedo 12:30 nie obrócimy było już pewne, ale kierowca powiedział że zdążymy na samą kremację, przegapimy z ciałem przez miasteczko. 

W sumie droga do Matki Besakih zajęła nam około 2 godziny, przynajmniej w samochodzie miałam czas sobie odświeżyć informacje na temat świątyni a raczej kompleksu świątynnego. Składa się z 22 pojedynczych świątyń, które zaczęły powstawać już w XIV wieku i były później dobudowywane. Jej położenie jest naprawdę malownicze, leży u stóp świętej góry (a raczej wulkanu) Agung, na wysokości około 1000 m n.p.m. W 1963 była erupcja tego wulkanu, który pochłonął wiele istniej i dokonał wielu zniszczeń, ale praktycznie nie uszkodził Matki Besakih. To utwierdziło Balijczyków w przekonaniu, że jest to miejsce święte i dlatego zostało oszczędzone przez wulkan. 

Mimo swojego piękna i wyjątkowości, nie jest to miejsce specjalnie oblegane przez turystów, może dlatego że strasznie tam oszukują i nie jest to miejsce przyjazne dla obcych. Znalazłam taką informację w przewodniku więc od samego wyjścia z samochodu byłam super ostrożna. Jak się zaraz miało okazać, bardzo słusznie. 

Pierwszym etapem był zakup biletów, prosta sprawa, tutaj nie spodziewałam się niespodzianek, a jednak, jakiś mało sympatyczny pan kazał nam najpierw wpisać się do księgi, w której oprócz imienia i kraju było miejsce na „datek” który bardzo chcieli wyegzekwować. Kilka minut zajęło mi wykłócenie się, że ja chcę kupić bilet i kropka. Pomógł nam nasz kierowca, który ogólnie nie chciał się angażować w takie sytuacje. Rozumiem go, ja wyjadę, on zostanie i będzie jeszcze woził innych klientów w to miejsce więc nie chce nieprzyjemności. Lewo dostałam bilet, znowu chcieli mnie naciągnąć. Pan powiedział, że mimo długiej spódnicy muszę mieć sarong który mi zaraz zawiąże. Ok, właśnie kupiłam bilet, we wszystkich poprzednich świątyniach sarong był wypożyczany za darmo. Pan mi zawiązał, już zaczęłam odchodzić jak zaczął za mną wołać, one dolar. Ściągnęłam sarong i prawie nim w niego cisnęłam, bardzo nie lubię jak się mnie próbuje naciągnąć. Okazało się oczywiście, że sarongu nawet nie potrzebuję! 

No nic, miałam chwilę żeby ochłonąć, od parkingu trzeba iść kawałek pod górę, całkiem spory kawałek, zwłaszcza jak się komuś spieszy. Jeżdżą skutery które proponują podwózkę, odpłatnie oczywiście, ale wolałam już się przejść niż znowu użerać z naciągaczami. 

Przy kolejnym wejściu przywitał nas całkiem miły pan, który poprosił o bilety. Pokazałyśmy mu a on zamiast nam je oddać zaczął mówić o konieczności posiadania przewodnika, że może nas oprowadzić itp. Wtedy się zorientowałyśmy, że ten pan wcale tam  nie pracuje i wcale nie sprawdza biletów. Kolejny skok ciśnienia, już wiedziałam, że tego dnia będzie ich wiele. 

Poszłyśmy dalej, po dotarciu pod świątynie, znowu podeszły do nas sępy, próbując wmówić, że potrzebujemy przewodnika. Pokazali nam napis, że wstęp jest tylko dla wyznawców hinduizmu. O tym też czytałam, faktycznie napis jest, faktycznie nie do każdej świątyni można wejść, i to oczywiście respektowałyśmy, ale na terenie kompleksu miałyśmy prawo przebywać. Okazało się, że nie doceniłam przeciwnika. Podszedł do nas kolejny koleś, tym razem bardzo sympatyczny, powiedział, że tak, możemy się poruszać po terenie  świątyni, tylko nie wszędzie, wskazał drogę gdzie mamy iść. Podziękowałyśmy i zaczęłyśmy zmierzać w tym kierunku, po czym ten sam koleś nas zawołał, że tam nie możemy, że musimy iść naokoło, zaczęłyśmy więc iść inną drogą a on znowu nas woła, że źle idziemy. Powtórzyło się do kilka razy, dopóki nie uzmysłowiłyśmy sobie, że koleś nas celowo wprowadza w błąd, i chce żebyśmy poczuły się zagubione i potrzebujące przewodnika! Prawie się udało, z ciekawości zapytałyśmy ile by kosztowała ta wątpliwa przyjemność bycia oprowadzonej przez takiego przyjemniaczka. 70,000 IDR. Nie zapłaciłyśmy, poszłyśmy zwiedzać same, tym razem ignorując go ale przed odejściem nie mogłam się powstrzymać od komentarza. Powiedziałam że jestem zszokowana i zaskoczona, Balijczycy uważają się za bardzo religijnych, świątynia Besakih jest najważniejszą świątynią na Bali, jak w tym świętym dla siebie miejscu mają czelność i sumienie okłamywać i naciągać ludzi. Coś odbąknął o pilnowaniu tych świętych miejsc przed niewiernymi, oboje jednak wiedzieliśmy, że z wiarą to nie ma nic wspólnego i są po prostu naciągaczami. 

Po tych wszystkich perturbacjach zostało bardzo mało czasu na zwiedzanie. Rzuciłyśmy okiem na świątynie i całkiem bez żalu pojechaliśmy dalej. 

DSC01352DSC01281DSC01286DSC01298DSC01320DSC01312DSC01323DSC01337DSC01347DSC01350DSC01353DSC01354

Czas mieliśmy nienajlepszy, wiedziałam już że na całą ceremonię nie ma szans ale miałam nadzieję  chociaż na fragment. Podróż w drugą stronę również zajęła więcej niż planowaliśmy, do wioski dotarliśmy około 14, półtorej godziny po planowanym rozpoczęciu ceremonii. Ciało już zostało wyniesione ale nasz kierowca dowiedział się gdzie będzie spalone. Rzutem na taśmę zdążyliśmy. Balijczycy nie mają nic przeciwko żeby turyści uczestniczyli w ceremoniach ale na wszelki wypadek zapytaliśmy się czy możemy zostać. Dostałyśmy pozwolenie zarówno na obecność jak i robienie zdjęć.

Jeszcze kilka słów o ngaben. Jak już wspomniałam, jest to ceremonia kremacji zwłok oraz przeniesienia zmarłego w inne życie. Co ciekawe, nie zawsze kremuje się „świeże” zwłoki. Jest to bardzo kosztowne wydarzenie i czasami rodzina musi zbierać na nią kilka lat. W tym czasie zwłoki są zakopywane, a kiedy rodzina już będzie miała fundusze, odkopywane i przygotowywane na ngaben. Dzień ceremonii nie jest przypadkowy, Balijczycy zawsze konsultują się z kapłanem, który wyznacza odpowiedni dzień. W dzień ceremonii, ciało zostaje złożone w trumnie, która z kolei zostaje złożona w specjalnym sarkofagu przypominającym bawoła (Lembu), lub świątynię (Wadah), i jest zrobiona z drewna i papieru. Tak przygotowane zwłoki są przenoszone na miejsce kremacji. Procesja idzie przez całą wioskę, nie najprostszą i najkrótszą drogą, kluczą między uliczkami żeby zmylić i zgubić złe duchy.Ten etap niestety przegapiłam, ale zdążyłam na kolejną część. Jak dotarłam zwłoki jeszcze były „całe”, cały czas trwały przygotowania do podpalenia. Zasiadłam z resztą „publiczności”, czyli mieszkańcami wioski, rodziną i znajomymi zmarłego i czekałam na punkt kulminacyjny. Jeszcze rodzina się żegnała, pojawił się kapłan i „obsługa”. Włożyli ogromny, metalowy pręt, który jak się domyślałam miał zionąć ogniem i pomóc w spaleniu. Po kilku minutach zaczęło się. Podpalono zwłoki, dziwne uczucie, jeszcze dziwniejsze kiedy dym ze zwłok zaczął na nas wiać. Na nikim nie zrobiło to wrażenia, dla Balijczyków to normalne. Po 20 minutach ludzie zaczęli się rozchodzić, została tylko najbliższa rodzina, ja już też nie czekałam do końca, wystarczyło mi wrażeń. Ciekawa byłam jednak co dalej, co robią z tym co zostało. Mój niezawodny kierowca wyjaśnił mi: otóż prochy są zbierane do pudełeczka, przewożone nad ocean. Tam je rozsypują i oddają naturze. Powiedział mi również, że kiedyś używano jedynie drewna i ceremonia trwała bardzo długo, teraz się wspomagają tymi metalowymi miotaczami ognia, które bardzo przyspieszają proces. 

DSC01357DSC01464DSC01363DSC01367DSC01372DSC01465DSC01376DSC01401DSC01404DSC01412DSC01468DSC01408DSC01469DSC01454

Zwieńczeniem dnia był wypad na targ w celu zakupu owoców. W Azji zaskoczyły mnie ceny owoców, nie tylko w Indonezji, ale też wcześniej, w Malezji. Są droższe niż w Polsce! I muszę powiedzieć, że wcale w smaku nie są takie rewelacyjne. Co prawda to nie był sezon na owoce ale mimo wszystko…

DSC01472DSC01476DSC01480DSC01487DSC01493DSC01501DSC01502DSC01503DSC01520DSC01533DSC01535IMG_7710IMG_7717IMG_7721IMG_7727

Już nie mogę się doczekać następnego dnia, czuję też lekki niepokój. Jadę zwiedzać najmniej turystyczne miejsce na Bali!