Malezja

Powrót do przeszłości czyli Orangutany po raz drugi

02 stycznia 2017- 14 stycznia 2017

Nie mogę uwierzyć, że to już prawie rok od mojego powrotu z Azji, i ponad rok od zakończenia wolontariatu. Na szczęście nie muszę już tęsknić za Borneo bo postanowiłam znowu się tam wybrać .

Dla tych którzy nie czytali poprzednich postów (wstydźcie się! :P). Wyjechałam na Borneo, do miejsca niedaleko miejscowości Sandakan, do centrum rehabilitacji orangutanów. To cudowne miejsce to Sepilok, spędzę tu 8 tygodni, pracując jako wolontariuszka. Księgowość zamieniłam na sprzątanie gówien małpiszonów, bardziej ekscytujące 🙂

Pierwszy tydzień 

Pierwszy tydzień jest leniwy, niewiele robimy, nie możemy od razu iść do pracy z orangutanami z obawy przed choróbskami które mogliśmy przywlec. Wychodzą z założenia, że jak przez pierwszy tydzień nie kopniemy w kalendarz lub nie wylądujemy w szpitalu to znaczy że jesteśmy zdrowi i możemy się zbliżyć do orangutanów.

Tradycyjnie w pierwszy dzień poszłyśmy oglądać orangutany, jakiś spacer zapoznawczy, później kolejne karmienie orangutanów. Dla mnie obowiązkowym punktem dnia jest wizyta u Mamy Wati na świeżym kokosie, aby pozostać wiecznie młodą i piękną 😛 . Mama Wati miała prowizoryczne stoisko ze stołem, ławą, za dach służyły folie, torby rumunki, kawałki aluminium i co tam jeszcze mieli co by się nadało na zadaszenie. Muchy wszędzie, ale miejsce to miała urok, uwielbiałam je, teraz biznes się przeniósł 20 metrów dalej, cały czas prowizorka ale bardziej nowoczesna, mniej klimatu ale kokosy dalej są, ludzie ci sami, kot ten sam ale jeszcze grubszy ( nie wiedziałam że to jeszcze możliwe, najbardziej spasiony kot świata). Mąż Mamy Wati, przyniósł niedawno maleńkiego, białego koteczka. Mam nadzieję, że jak wrócę za rok to nie będzie wyglądał jak jego starszy brat!

dsc_1586dsc_1590dsc_1948

Jednego dnia pojechaliśmy do Sandakan, miasto mało turystyczne, mieszka w nim około 150 tyś osób. Dość często turyści którzy przyjeżdżają oglądać orangutany, mają bazę w Kota Kinabalu, mieście odległym o 6 godzin jazdy autobusem, ale tylko 50 min samolotem. Przy kilku lotach dziennie mogą spokojnie przylecieć rano, wrócić wieczorem a w KK dużo więcej się dzieje, jest lepsza baza hotelowa. Sandakan już opisywałam w poście z mojego poprzedniego pobytu, nie będę się więc powtarzać, dodaję tylko najnowsze fotki.

dsc_1598dsc_1602dsc_1603dsc_1605dsc_1607dsc_1620dsc_1619dsc_1613dsc_1625dsc_1627dsc_1629dsc_1641dsc_1657dsc_1664dsc_1667dsc_1647dsc_1671dsc_1670dsc_1673

Innego dnia wzięli nas do małp nosaczy, to była już moja druga wyprawa do Labuk Bay, tego miejsca jeszcze nie opisywałam więc będzie więcej w innym, nowym poście.

Jeszcze kilka słów o grupie. Tradycyjnie, przewaga Brytyjczyków i Australijczyków. Łącznie 12 osób. Przekrój wiekowy od 18 lat do 51. Fajnie by było żebyśmy się jakoś dogadywali ale wychodzę z założenia że przyjechałam tu dla orangutanów a nie ludzi więc jakkolwiek by nie było to będę szczęśliwa. Na razie nie jest źle chociaż już się pojawiły pewne spięcia pomiędzy niektórymi, a i ja muszę przyznać, że nie trawię jednej kobity, ale może to się zmieni i będziemy najlepszymi przyjaciółkami 😛

Początek pracy 

W drugim tygodniu w końcu zaczęliśmy długo wyczekiwaną pracę. Cały projekt trwa 8 tygodni, jesteśmy podzieleni na 3 grupy, w grupie jest po 4 osoby. Są trzy przydziały prac, klinika, gdzie znajdują się dzidziusie i malutkie orangutany, przedszkole, gdzie jak nazwa wskazuje, znajdują się przedszkolaki, czyli 5-8 letnie dzieciaki, oraz trekking przez dżungle, gdzie szukamy grzechotników, pająków, gigantycznych mrówek i innych potworów, żeby było się czym chwalić na facebooku, ale przede wszystkim szukamy gniazd orangutanów, żeby oszacować populację.

Mój pierwszy przydział to przedszkole. Spędzę tam 6 dni. Część orangutanów które były w przedszkolu rok temu, zostały wypuszczone, z kolei dwa z kliniki przeniesiono do przedszkola. Beryl, jedna z moich ulubienic, oraz Bidu-Bidu, słodki, ale chyba nie najmądrzejszy orangutan.

Chiquita i Gelison były w przedszkolu rok temu, i nadal tam są. Jak się miałam przekonać, nic się nie zmieniły. Gelison został okrzyknięty najbardziej leniwym orangutanem, ciężko się z tym nie zgodzić. Używa nas jako taksówek, nie che mu się chodzić więc czasami musimy go ciągnąć, jak worek ziemniaków. Gelison lubi też zwiewać na dach, więc mamy trochę ruchu. Trzeba biec za nim na wzgórze, a później ściągać z dachu. Już prawie jestem ekspertem. W takich sytuacjach cieszę się że muszę nosić maskę na twarzy, zawsze turyści bacznie się przyglądają, fotografują oraz filmują moje, często nieporadne próby ściągnięcia potworków.

Chiquita rzadko ucieka na dach, przeważnie łazi po ziemi, czego jej nie wolno robić. Orangutany w naturze żyją tylko na drzewach, nie urządzają sobie pieszych spacerów, dlatego ważne jest żeby jej na to nie pozwalać. Ponadto, w ziemi, zwłaszcza w błocie są różne pasożyty, które orangutany dość łatwo łapią. Mogą zachorować lub dostać sraczki, a jak one dostaną sraczkę, to mamy 90% pewności że i my ją dostaniemy.

Plac zabaw w przedszkolu nie jest niczym oddzielony od dżungli, mogą więc wpadać z wizytą nawet dzikie orangutany. Przychodzą też te, które już zostały wypuszczone na wolność, ale są jeszcze zbyt młode lub pewne siebie żeby iść całkiem w las, szukać samodzielnie pożywienia i odseparować się od ludzi. Większość z tych orangutanów pamiętam z poprzedniego roku, ale pojawiły się też nowe osobniki. Jack, na oko 10 letni samiec, nieśmiały i bardzo miły, ładnie bawi się z innymi, nie zaczepia, nie jest agresywny. Orangutany w naturze żyją samotnie, ojciec nie wychowuje dziecka, tylko na matce spoczywa ten obowiązek, tym bardziej rozczulił mnie pewien młody orangutan, imieniem Malim, który zaadoptował młodego orangutana! Dwie panie orangutany, Mimi i Mariko urodziły dzidziusie, co za cudowny widok. Maluchy mają około 10 miesięcy i są przesłodkie!

Jak na razie nie było większych przygód, raz zostałam ugryziona w palca, raz Gelison złapał nogą za mój kucyk i zostałam wyszarpana lekko na oczach turystów, raz myślałam że nie widać że mam chleb w ręce (który orangutany bardzo lubią, i który używamy jako przynęty żeby zwabić je z dachu), a okazało się że orangutany to widziały, i zostałam napadnięta 🙂 raz zostałam lekko zaatakowana przez Kalabatu, w sumie nie wiem czego ode mnie chciał, nie próbował mnie gryźć, nie był agresywny, po prostu mnie złapał i doszło do lekkiej szarpaniny.

Najciekawszą przygodę przeżyła moja koleżanka. Bidu-Bidu był dość niegrzeczny i nie chciał łazić po drzewach, koło pewnego dużego drzewa rośnie mini drzewo, wygląda bardziej na gałąź. Wyżej wspomniany małpolud, siedział na tej gałęzi, zadaniem koleżanki było złapanie go i przeniesienie na porządne drzewo żeby się wspinał. Nie przewidziała jednak, że małpiszon nagle z tego drzewa zeskoczy. Drzewo – gałąź było napięte jak struna, jak orangutan zeskoczył to wystrzeliło jak z procy, prosto na twarz koleżanki. Wiem, nie powinniśmy się śmiać bo na pewno to bolało, ale wyglądało to przekomicznie, teraz koleżanka dumnie chodzi z fioletowym okiem.

Kolejny tydzień mam z … dzidziusiami!