Indonezja

Witamy na Bali. Uluwatu , Kecak Dance i Jimbaran Beach

9 stycznia

Po boskiej Malezji przyszedł czas na Indonezję, a konkretnie na Bali. Przede mną 10 dni na tej rajskiej wyspie.

Pierwsze dwie noce postanowiłyśmy spędzić na Jimbaran Beach.  Na Bali przybyłyśmy koło 22, więc tego dnia nie dało się już nic zwiedzić czy zobaczyć. Z lotniska odebrał nas umówiony wcześniej kierowca, który nas zawiózł do hotelu. Dobrze że Bali takie małe, pół godziny później byłyśmy już w hotelu Sari Segara. Tani, 3 gwiazdkowy hotel,ładny basen ale zwłaszcza łazienka pozostawiała wiele do życzenia. Na dwie noce ok, ale na pewno nie chciałabym spędzić tam więcej czasu.

Jimbaran Beach wybrałam z kilku powodów. Miejscowość znajduje się na południu Bali, słynie z urokliwych i tętniących życiem restauracji przy plaży. Ja wolę zwiedzać niż plażować, ale koleżanka z która podróżowałam, okazała się zagorzałą fanką plażowania. Poszłyśmy więc na kompromis. Rano plaża, wieczorem Uluwatu i Kecak dance.

Uluwatu to świątynia, którą najlepiej zwiedzać po południu, żeby załapać się na zachód słońca. Została wybudowana w XI wieku przez jawajskiego duchownego Empu Kuturana, i rozbudowana w XVI wieku przez innego Jawajczyka, Danghyanga Nirartha. Świątynia usytuowana jest na 100 metrowym klifie, z którego rozpościera się piękny widok na ocean i dzisiaj jest jednym z najważniejszych i najchętniej odwiedzanych punktów na Bali. Do teraz pełni funkcję religijną, a o 18 każdego dnia, odbywa się tu przedstawienie, tzw Kecak dance, który bardziej szczegółowo opiszę w dalszej części wpisu.

Na zwiedzenie obiektu trzeba poświęcić minimum godzinę. Ja zwiedzanie zaczęłam od punktu widokowego do którego idzie się ścieżką w przeciwną stronę do świątyni. Można tam spotkać słodkie i złośliwe makaki. Widziałam jednego hardkorowego koksu któremu małpa ukradła czapeczkę z daszkiem. Wartość czopuni żadna, ale co to za skaza na honorze, żeby małpa górę mięśni zrobiła w konia. Mięśniak postanowił odebrać czapeczkę. Ubaw po pachy, koleś się zaczął stawiać małpie więc od niej oberwał. Skończyło się na tym, że starowinka która sprzedaje tam pamiątki odzyskała dla niego czapkę. Zamiast mięśni użyła głowy. Przekupiła małpę. Zaproponowała jej kilka owoców, małpa po przeanalizowaniu sytuacji, doszła do wniosku, że większy pożytek z owocków które może skonsumować niż z czapeczki made in china. Swoją drogą, widać że takie kradzieże są na porządku dziennym, pani miała przygotowany „okup”. Oprócz tego humorystycznego akcentu, można tu spotkać ludzi praktykujących jogę, jest to także świetne miejsce do zrobienia zdjęć klifów i świątyni.

Wstęp do świątyni: 20,000 IDR


DSC00014DSC00015DSC09875-2DSC09907DSC09920-2DSC09943-2DSC09957DSC09958DSC09959DSC09988DSC09993DSC09994DSC09999-2IMG_6518IMG_6553

O godzinie 18 zaczynał się taniec Kecak, bilety trzeba było kupić osobno, najlepiej z lekkim wyprzedzeniem. Warto też się zjawić minimum 15 min przed rozpoczęciem, żeby zająć dobre miejsce. Mnie się udało usiąść w pierwszym rzędzie, troszeczkę z boku ale widok był dobry.

Kilka słów co to właściwie jest Kecak. Jest to połączenie balijskiego tańca i przedstawienia teatralnego, stworzony w latach trzydziestych. Wcześniej, był rytuałem transowym akompaniowanym przez męski chór. To za sprawą Europejczyka, Niemca Waltera Spiesa, który mieszkając na Bali, bardzo się tym zafascynował, możemy podziwiać Kecak w obecnej formie. Zaadoptował go jako przedstawienie, na podstawie Ramajany, eposu sanskryckiego, składającego się z 24 tysięcy strof, pogrupowanych w 7 ksiąg. Znany jest również pod nazwą „małpi taniec”.

Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać po tym przedstawieniu, na szybko przeczytałam ulotkę którą dostałam przed wejściem. I tak oto dowiedziałam się, że opowieść zaczyna się od przybycia księcia Ramy, jego żony Sity oraz brata Laksmana, do lasu Dandaka. Cała trójka, była obserwowana przez demona Rahwana,  który ma chrapkę na piękną Sitę i podstępem ją uprowadza do swojego pałacu. Rama i Laksmana ruszają na poszukiwania księżniczki, ale na drodze stanie im syn Rahwana – Tualen. Na szczęście, ich potyczki obserwował Garuda, król wszelkich ptaków, a zarazem przyjaciel króla Dasarata, który ich uwolnił. Mogli więc dalej kontynuować poszukiwania Sity, wzmocnieni dodatkowo  Sugriwą, królem małp i jego małpią armią. przedstawienie kończy się bitwą pomiędzy małpami i Meganadą i jego armią demonów. Małpy górą!

Przedstawienie zaczęło się punktualnie, po krótkim wstępie, na scenę wybiegło kilkudziesięciu mężczyzn ubranych tylko w biało-czarne, kraciaste sarongi. Zaczęli wydobywać z siebie dźwięki: Cak ke-cak ke-cak ke-cak ke-cak ke-cak. Wtedy zrozumiałam skąd się wzięła nazwa tańca :). Po jakimś czasie do panów dołączyły barwne postacie, które odgrywały swoje role w rytm tego śpiewo-syczenia. Co ciekawe, w przedstawieniu nie ma żadnej muzyki, a aktorzy nic nie mówią, odgrywają swoje role ruchami ciał i oczu. Panowie drugiego planu mieli naprawdę ciężkie zadanie, spróbujmy przez ponad godzinę wydobywać z siebie takie dziwne dźwięki, ja po minucie się zmęczyłam. 

Muszę się pochwalić, że zaliczyłam moje pierwsze publiczne wystąpienie. W końcowej części przedstawienia, aktorzy postanowili dodać humorystyczny akcent, i tak wdzięczna małpa Hanoman zaczęła skakać wśród publiczności, wybrała sobie jakiegoś pana na „ofiarę” i zaczęła go zaczepiać. Za chwilę, bliżej niezidentyfikowane osobniki podleciały do mnie, i zaczęły mnie ciągnąć na środek. W „międzyczasie” założyły mi jeszcze śmieszną perukę.  Nie lubię publicznych występów, zwłaszcza przed gronem nieznajomych osób, ale nie pozostawili mi wyboru. Musiałam tańczyć na środku, oglądana przez kilkaset osób!. Na szczęście nie zostałam wygwizdana, a nawet dostałam oklaski. Pełen sukces!

DSC00033-2DSC00045-2DSC00066-2DSC00153-2DSC00086-2DSC00108-2DSC00122-2IMG_6612-2IMG_6618-2DSC00099-2DSC00103DSC00218-2DSC00165-2DSC00134-2DSC00146-2DSC00181-2IMG_6621-2DSC00228-2IMG_6697-2IMG_6649-2DSC00196-2DSC00198-2IMG_6698-2

Zwieńczeniem tego dnia była kolacja na Jimbaran Beach. Według przewodników, wieczorem miejsce to tętni życiem, faktycznie, jest sporo restauracji, wszystkie mają stoliki na plaży, ale klientów za wiele nie było. Być może dlatego, że byłam w porze deszczowej. Jak się później okazało, miałam super szczęście, przez 10 dni mojego pobytu na Bali nie padało ani raz! Co śmieszne, zaczęło lać ostatniego dnia, dopiero kiedy już byłam w samochodzie, 10 min od lotniska. Jakby Bali ryczało że wyjeżdżam, a może posikało się ze szczęścia 🙂

IMG_6725-2